wtorek, 4 listopada 2014

Truchtem cofamy się do czasów inkwizycji, kiedy to osąd przybierał formę jednostronną, los oskarżonego był oczywisty, a szopka sądowego anturażu dodawała tylko smaczku.
Takie oto przepisy weszły w życie z  2011 rokiem, kiedy podstawa demokracji została zachwiana. W życie wszedł pozew w trybie wyborczym.  Mój przypadek jest tutaj... nie do końca prawidłowy. Sama winnam sobie i rościć względów nie zamierzam. Martwi mnie jednak kondycja logiki naszych zbolałych umysłów. A raczej jej tymczasowy (miejmy nadzieję, że nie stały) zanik. Kiedy profesję piewców słowa pisanego, tudzież mówionego - można od tak.... "nobilitować" do rangi pasożyta.

środa, 26 lutego 2014

Siedzę, przede mną biała kartka papieru, a ja uparcie hamuję łzy. Nie chcę, nie mam siły. Najchętniej położyłabym się i zasnęła. Dante baraszkuje po pokoju, który pod moją nieobecność jest zamykany. Chodzi po stoliku i wącha kartki wywiadów Oriany Fallaci. Najwyraźniej ma preferencje po swojej Pani, no i wyrafinowanie czytelnicze.

niedziela, 23 lutego 2014

Bezmyślność kiedyś wprowadzi mnie do grobu. Przynajmniej umrę szczęśliwie z wyidealizowaną wizją świata. Budzik brzęczy jak oszalały. Wstałam rano i miałam wrażenie, że przez moje żyły przetoczył się litr wódki, której nie cierpię. Ba, damy pijają najczęściej spirytus!
"Tragedia!", wykrzykuję, podobnie jak Archimedes kiedyś swoją "Eurekę". Patrząc na mnie, niejeden Sofokles uchyliłby czoła.

piątek, 21 lutego 2014

Nowy przedział otwarty górą, ciągły, mierzalny. Edith Piaf, Vanessa Paradis, ciecz różowa podarowana przez brata na walentynki. Spoglądam na dźwig przed oknem, zazdroszczę tego lawirowania w przestworzach, ja mam lęk wysokości. Witamy się kiedy wstaję, żegnamy, kiedy zamykam powieki i to takie miłe, że działa to w momencie, kiedy zginam swój środkowy palec. Winda maszeruje w szyldzie, słyszę ją, mam jej dość, podobnie jak zastanawiania się nad powinnościami, które przecież są takie względne. Bo nie zdecydujesz za mnie, nie zaśmiejesz się za mnie i za mnie nie uronisz łzy. Wypowiadasz gromadę słów, pysznie oblizując usta, ale ...
ene due rike fake, nie obchodzi mnie to. Słucham, opuszczam powieki, pozoruję ziewanie i kiwam przytakująco głową, jak osioł klepię kolejną litanię, pokutuję za swe złe uczynki, które również są względne. A człowiek za kratami, ze stułą koloru fioletowego mówi mi, że moje wnętrze jest bez wartości, że moja wiara/niewiara jest wydmuszką. Zepsucie, fatamorgana i szczęście byle jakie, jednak jakieś. Właściwie jestem szczęśliwa tą bylejakością.

środa, 12 lutego 2014

Koniec - to taki twór krótki, jednocześnie przestrzenny, galaktyczny, nieodgadniony i zdecydowany. Bywa także etapowy, cykliczny i nieustanny, ciągnący się w nieskończoność.
Tamten koniec był rodzaju pierwszego. Mój z kolei jest rodzaju drugiego i zastanawiam się, po co mi ta zazdrość i chęć podzielenia Twojego końca, w zamian za kontynuowanie cykliczności mojego. Kiedy na zewnątrz mokro, pod powiekami bywa podobnie. Miotam się jak wróbel zamknięty w klatce, gdzie jego naturalnym środowiskiem jest rozgałęzione drzewo. Wracam myślami, następnie ich unikam. Trzeba żyć.