sobota, 7 lipca 2012


Front zachodni milczy. Nie wiem, czy za dziesięć dni ta różnica odległości zniknie, czy przybierze na swojej wartości (WIELKOŚCI).

Przetwarzam informacje, truję się siedemnastowiecznym poglądem na temat miłości i cierpię sromotnie. Wyrażalność uczuć, niezależnie od położenia, przytwierdzenia była kiedyś czymś lepszym, zdecydowanie dłuższym, czymś co zabierało połowę dnia, przy pisaniu listów. Teraz ludzkość stroni o wyrażania uczuć na papierze. Przez co sporo rzeczy wydaje się prostszych, szybszych i nieodwracalnych.

Ten nieład jest spowodowany więzieniem, w którym tkwię już przeszło tydzień. Brakuje ewentualnie krat w oknie . Jednak po co w oknie, skoro tkwią one w mojej świadomości. Nie wiem, czy dobrą literaturę zaklasyfikować do wiedzy nieużytecznej, czy wartościującej. Może nie powinnam klasyfikować jej w ogóle. Powinnam być wdzięczna, że nadal tkwi nade mną jakiś bat, niekoniecznie dupa, o której lubiłam pisać wcześniej. Straciłabym wiele odpowiedzi na pytania, które wcześniej czy później, trafiłyby pod moją osobliwą strzechę.

Miesiąc temu stroniłam od ludzi. Lubiłam wracać do mieszkania i żywić się świadomością, że nie dzielę z nikim tlenu w pomieszczeniu. Nie wiedziałam, jak określić uczucie, kiedy pogadanka z drugim człowiekiem gwarantowała mi złość, że robię coś, na co zwyczajnie nie mam ochoty.
Z drugiej jednak strony, to uczucie osiągało minimalny pułap swoich możliwości. Teraz ta złość, z powodu milczenia jest zdecydowanie większa. Miotam się, jak jaskółka ze złamanym skrzydłem i obijam się po ścianach. Przeszkadza mi to, że neurotyczność zawładnęła moim spokojem. Niemoc panowania nad swoim zachowaniem.

Październik zgotował mi Kraków. Rok utleniania się Krakowem. Nie wiem, jak wyrazić swoje zdziwienie. Czas pomyśleć o sobie.