środa, 29 lutego 2012

Apatia w makaronie brązowym, o podsmaku cynamonu. A ja bez wiary w skrót informacji na opakowaniu, chwytam i zapełniam koszyk. Za oknem koparki, a niebo nijakie. Nie ma na co patrzeć, bo jakiekolwiek jednorazowe spojrzenie wywołuje ból, niesmak potęgujący podsmak cynamonu.

Opętał mnie humor rodem z Baudelaire'a. Nie dostrzegam piękna w pięknie, ewentualnie piękno w padlinie. Choć może to wydźwięk lepszy. Ponownie nie odnajduję oparcia. Siedzę na skraju taboretu życia i uśmiecham się do odbicia w oknie. Wyjść nie ma, dzsiaj serwują ewentualnie wejścia, albo nic.
Gdyby ktoś teraz powiedział mi, że jestem Panią własnego życia, uśmiechnęłabym się żałośnie. Cynicznie odpowiedziała, że się nie myli. Choć wcale bym tak nie uważała.

czwartek, 23 lutego 2012

Tkwię w kuchni, swoim ulubionym pomieszczeniu. Przypatruję się odbiciu żarówki w oknie i nie myślę, choć powinnam. Zwłaszcza o Polu Marsowym. Czym jest szersza perspektywa postrzegania rzeczywistości ?? Czym właściwie jest ta umiejętność ? Zaletą ? Darem ? Przekleństwem ? Kiedy podróżujesz tramwajem, przypatrujesz się ludzkim twarzom. Dostrzegasz wtedy mnożące się kształty nosów, kolory oczy, wydatność ust. Skalujesz elementy, które dostarczają Ci skrajnych uczuć. Począwszy od odrzucenia, obrzydzenia wersji soft, po coś, co równie dobrze, mogłabym nazwać "miłym dla oka". Kiedy nie spoglądam pod nogi, a w niebo, widzę więcej ? Rozwaga jest wówczas traktowana jako trybik w maszynie, bo ja nie muszę jej kontrolować.
Mogłabym zatracić się w słowie. Mówić niewiele poprzez wiele, bądź odwrotnie. Posiadam tylko kilkaset słów. Nie stać mnie na kolokwializmy.

Kamień chwyć i schowaj do kieszeni. Następnie wygłość laudację i zamocz ją w kałuży krwi.


/ Siedzę na pokładzie i piję. Jestem już chyba na fali,
więc muszę teraz uważać, żeby za głęboko nie wejść w cień
tej chmury, którą wyświetla księżyc i w odrętwienie
wprawia me słowa, zwodząc mnie myślą, że jedynie stany
bliskie milczenia są słuszne./ 

poniedziałek, 20 lutego 2012

Gdzieś z kubkiem ciepłej kawy, z kocem na kolanach i zwykłym spokojem. W zaciszu swojego "domostwa", za siedmioma górami, lasami i małym miejskim parczkiem. Pośród kolorowych wieżowców, kamer monitoringu, mokrych ścieżek i błota. Pragnęłam takiego początku i zakończenia. Utknęłam w obcym ciele, niespójnej kulturze, nijakim środowisku ludzi nieśmiałych, bądź otaczających się wdzięczną [ dźwięczną?] nazwą HOMO LUDENS - w szczególności mężczyźni. Kiedy ja na plakietce, przy tyłku miałam napisane HOMO LABORANS. Zatwardziali i strudzeni mężczyźni, w dziale oświetlenia. Jak to możliwe, że w tej dziedzinie kobieta może więcej ?? Wiem, mówię otwarcie, doradzam, zdarza mi się. Męczysz mnie swoją nieprawdziwą wiedzą. Słucham uważnie. Tego nauczono mnie "kilka" lat temu, by z pokorą wysłuchiwać drugiego człowieka. Czasami i w bełkocie trafiają się strzępki słów, ewentualnie zdań, które w połączeniu tworzą jakiś sens. "Może jednak mogłabym pomóc ?"
-"Co Pani może wiedzieć? [w domyśle: jest Pani tylko kobietą]" Tkwij w swoim garjdole pewności siebie. Ja postoję, popatrzę, pokpię, odwrócę się na pięcie i zaleję się uśmiechem, całkiem przyjemnym, nieponurym. Bo i po co inaczej??

poniedziałek, 6 lutego 2012

Moja apostrofa, nieustająca, pojawiająca się w każdym zdaniu, czasami w aluzjach niejasnych, trudnych do rozszyfrowania. Chyba powielę gombrowiczowski los. Ucieknę, zalepię sobie uszy, a jeśli chodzi o obrazy - będę skalować wyłącznie te, które nie będą cuchnąć stęchlizną i upodleniem ludzkim. Wróciłam, niekoniecznie jako rozbitek, zregenerowałam siły, nadrabiałam butelkami wina i snu. Od czasu do czasu, czytywałam po kilka zdań, by nie wyjść z wprawy. Zamieniłam kilka słów ze współlokatorem, by nie alienować się bardziej i nie pozwolić zardzewieć strunom głosowym. Czasami posłucham za dużo, przeczytam zdanie, które równie dobrze mogłoby okazać się pomyłką i przetwarzam je w turbinkach mózgoczaszki. Myśli te są moimi więźniami, może ja jestem ich więźniem i współistniejemy w toksycznym związku kobiety i mężczyzny. Mówimy do siebie dwoma różnymi dialektami.

Zwariowałam. Kolokwializuję. Bełkocę. Nie wiem. Zwyczajnie zwariowałam.
Jakiś kawałek podróżował dzisiaj tramwajem numer szesnaście. Dotarł na Kórnicką, by móc tam zwymiotować do kosza na śmieci, zwyczajnie, bezpretensjonalnie, a zarazem ostentacyjnie. Kawałek ten dostrzegł kawałki siostrzane, ponatykane na patyki, właściwie pale i podziwiał swój egzystencjalny quo vadis, który okryty przejrzystym powietrzem, przeinaczył się w zaczadzony splendorem wrak Morfeusza, kolebiącego się w rytmie chocholego tańca