niedziela, 25 września 2011

Tym razem pomijamy problemy z serii " w którym kartonie leży moja pościel, a  w którym moja bielizna". Alkohol ulotniał się mozolnie, mięśnie wróciły do porządku dziennego i ponownie stały się funkcjonalne. Robiłam zakupy, stałam przed pułką z kefirami i produktami mlecznopodobnymi i płakać mi się chciało. Zlokalizowałam punkt kulminacji pustki, niekoniecznie pustostanu, który odczuwam przykładając filtr do warg. Odczuwałam zwyczajną pustkę, może śladowe zagubienie. Przebrnęłam z walizką przez Poznań, wzdłuż i wszerz. Kiedy spoglądałam na ogrom jej sylwetki, odczuwałam dumę, dość ulotną i bolesną, kiedy spojrzałam na fioletową dłoń i kilka znaczących pęcherzy. Miałabym podobne, gdybym wymachiwała łopatą kilka godzin. Ściana wschodnia - transmisja mszy, zachodnia - tupot małych stóp. Pojemnik z kawą jest pusty.

poniedziałek, 19 września 2011

Ulatuje ze mnie pasja, słyszę powarkiwania i zdziwienie ogólne. Dlaczego miałabym ograniczać spektrum zainteresowań, nawet jeśli nie jest esencjonalne ? Myślę, że każda pasja jest esencjonalna, od momentu, kiedy zdobywa nasze indywidualne zainteresowanie. Rozwijam się, zależnie od tematu głównego, te poboczne mnie nie interesują.

Choć powszechne "zastanawianie się", było do niedawna moim ulubionym zajęciem, muszę przyznać, że w tej chwili stało się nieco uciążliwe. Właściwie przerobiłam już każdy fotel, poduszkę, każdy park, ławkę. Czasami brakuje mi czystych kubków, bo te brudne, nagromadzone w jednym miejscu stwarzają miłą dla oka kompozycję. Nie mam sumienia, by doprowadzić je do stanu używalności.
Obserwuję zmiany pogodowe za oknem. Dzisiejsze dwanaście stopni wygląda niczym pięć. Zataczające się zimno, w ogóle nie zachęca do tego, by chcieć opuścić ciepłe pomieszczenie i przemaszerować miasto wzdłuż, las wszerz.

Jesień, co ty ze mną robisz,

środa, 14 września 2011

Saudek doprowadza odbiorców do skrajnych uczuć. Jedni wydają się zniesmaczeni jego sposobem postrzegania rzeczywistości, drudzy z kolei tęsknią za wizją wolności i braku powściągliwości. Czy stwierdzenie ograniczenia wolności wśród polaków jest jednoznaczne z brakiem mojego patriotyzmu ? Ilekroć zastanawiam się nad tym, częściej moje konkluzje przybierają nijaki charakter. Ja już nic nie wiem o prawdziwym patriotyźmie. Moje zdystansowanie przybiera prawdopodobnie skutek destrukcyjny. Przynajmniej to udaje mi się zaobserwować u swoich rozmówców. Gdy uśmiecham się z powodu niewiedzy, zapominam o swoich słowach sprzed 5 minut i milczę. Cisza jest odbierana negatywnie - z reguły.
Lubię ciszę, kiedy pozwala nie wyrzucać z ust zbędnych i wadliwych słów. A z pewnością takie istnieją. Można mówić pięknie, skrzętnie z rozwagą. Można także mówić nieporządkiem i niesprawnie, choć to nieistotne, bo sens jest priorytetalny. Gdy słyszę potok słów, który omija sens, nie wsłuchuję się. Cisza koegzystuje z moim ego.

poniedziałek, 12 września 2011

W momencie kiedy "homo ludens" tkwi przy elektronice i próbuje system radziecki zrównać z ziemią, kobieta strudzona porywa się na łowy do pobliskiego sklepu, w celu zaspokojenia głodu ciała i duszy, zarówno swojego jak i swoich współtowarzyszy. Na przestrzeni wieków, walka kobiety o jej wyzwolenie przekroczyła miernik uprzejmości. Mężczyźni nie odczuwają jakiejkolwiek minimalnej potrzeby łowów i pochwycenia galopującej ofiary, by móc później okryć się wieńcem laurów, pochwał i samouwielbienia. Esencją "homo ludens" wydają się gry prowadzące do współzawodnictwa. Wolałam siedzieć na betonie, wymachiwać nogami, spoglądać w niebo i nie zastanawiać się, bo tak było bezpieczniej.

niedziela, 11 września 2011

Wypijam kolejny łyk bordeaux. Choć francuzi uważają się za jednych z lepszych posiadaczy winnic, obawiam się, że moje kubki smakowe im nie sprzyjają. Mogłabym wyjść z domu, przejść dwie przecznice, trafić na przyjemną galerię alkoholową i przebierać w winie krajowym w większym lub mniejszym stopniu. Z pewnością nie podrażniłabym swoich kubków i nadal żyła w przeświadczeniu o nieosiągalności smaku wina francuskiego.

piątek, 2 września 2011

Wszystko, co udaje mi się napisać, wydaje się być bełkotem, potokiem niezgrabnych pretensji, szansą na niepełną ulgę. Usiadłam wygodnie na fotelu, zapadłam się w otchłań myśli, które jednoczą się z aurą za oknem. Odczuwam chłód, niechęć i wspominam krzywy chodnik, którym idąc kilka miesięcy wcześniej, potykałam się mentalnie i fizycznie, który zarazem był kolejną pretensją uzupełniającą. Przyglądam się stosowi książek. Nie jestem pewna, czy mam ochotę sięgnąć po odmóżdżacz, Homera, czy może po kubek ciepłej herbaty. Nieustannie kontempluje wydarzenia ostatniego miesiąca, nie potrafię ubrać ich w słowa. Boję się, że słowa zniszczą odczucia. Milczę, nie słyszę już niemieckich pokrzykiwań i nie wyczekuję w kolejce pod prysznic, śpię w czystej pościeli i staram się nie zaprzyjaźniać z chłodem, to zupełnie niepotrzebne. Jednak, co z tego ??