czwartek, 29 grudnia 2011

Szeleszczę i moszczę, nie śpię, zamykam powieki i nie potrafię pozwolić świadomości odpłynąć. Nieznośny kaprys.

Palec wyobraźni mnie zawodzi. Nie przywołuje na myśl dobrych wspomnień. Przywołuje obrazy niepożądane. Takie, które w przyszłości najbliższej pokryją się realnym kocem.Czuję się naprawdę bezdomna, wraz ze swym poznańskim kątem

wtorek, 27 grudnia 2011

Jesteś dumna, butna, wredna i niemiła. W takim  razie i ja będę dumna z Ciebie. Właściwie już jestem. To nieszczęście przeżywamy razem. Trwamy w skupieniu, ściskając się za dłonie, zalewając łzami. Zadajemy sobie setki pytań i nie szukamy odpowiedzi. Każdy z nas zna odpowiedź. Wymawianie jej na głos zburzyłoby pewność i nieskończoność uznania dla naszego osobliwego toku myślenia.

Uśmiechałam się do myśli, przeciskając się przez ludzi w tramwaju, następnie w pociągu i na dworcu. Miałam wrażenie, że jadę po odbiór snu, który mi się należy. Jakże miłe było rozczarowanie kilka dni później. Odpowiedź, która nie została wypowiedziana na głos, uzyskała ponowny statut spełnionej. Chciałabym się porządnie rozczarować. Przyznaję, przewidywalność bywa męcząca.

Świąteczna otoczka została zachwiana. Nie ma aury nieskazitelnośći, pomarańczy, pierników, leniwej choinki i mężczyzny ze sterczącym brzuchem. Jest strona tytułowa, bywa dłoń i kałamarz.

czwartek, 22 grudnia 2011

Pierwiastek świąt między wagonami, w przedsionku objawił się kilka przestrzeni dalej, wraz z aromatem mandarynek. Stałam i marzłam na zmianę, przyglądałam się ludzkim zmarszczkom i wyobrażałam sobie Ciebie na tym peronie i moje przyklejenie do Twojej szyi. W końcu oboje wylądowaliśmy na piedestale honorującym marnotrawnych.

piątek, 16 grudnia 2011

Każdorazowo, kiedy zataczasz okręg nad moją głową, ja widzę siebie w lepszym zwierciadle, niekoniecznie krzywym, gdzie moje imię przybiera dualizm, a ja z reguły chwytam pod rękę klon gorszej generacji. Pozwalasz mi być lepszym człowiekiem, wskazujesz szlaki, a ja doceniam to wdychając opary aolkoholu i rozcierając tusz do rzęs. Przeglądam się w lustrze, mazie ciemne, kręgi.
Mimo wszystko, kręgi te ułożone pozornie nierozłącznie z imitacją zmarszek, kurzych łapek, nakreślają szczęśnie zupełnie niepozorne. Pijane szczęście.

sobota, 10 grudnia 2011

Pralka wkomponowała się w rytmiczność UCZTY Platona - mężczyzny barczystego, sprzecznego z ogólnie przyjętym wizerunkiem sofisty, niesofisty, kogoś kto mówi wiele, będąc obdarzonym jakimś polotem. Sen to taka mara odległa. Alkohol ponownie mnie dekoncentruje, choć powinno być zupełnie odwrotnie. Odciąga mnie od obowiązków, pozwala powiekom opadać w najmniej odpowiednich momentach, okrywa falą zmęczenia, brakiem jakiegokolwiek dialogu, wzmaga cynizm i zwiększa ilość kubków na stoliku.
Czekam, niecierpliwię się, podsłuchuję akcent niemiecki, poprawiam literówki i boję się, że próg domu przekroczy zupełnie obcy mężczyzna. Może ja sama będę sobie obca, wchodząc do przestrzeni odległej, okrytej wspomnieniem przychylnym - może kilkoma.

Nie jesteś wolny w swoim rozumowaniu. Więzi Cię szablon przyzwyczajeń, sterty niepotrzebnych książek, które 'zalegają' na Twoim koncie. I ja się męczę. Telefon milczy, smutnie milczy, gubi się. Chcieć, to oczekiwać. " Można przecież być doskonałym stolarzem, a nie mieć o tym pojęcia, co to właściwie jest. Stolarz robi stoły, a nie definicje".

czwartek, 8 grudnia 2011

I co ? Ja mówię, nie słucha, ja piszę, nie czyta. Ludzie nie lubią słuchać, słyszeć o swoich niedociągnięciach w życiu, skrzywieniach. Ty, będąc wartkim obserwatorem, wyciągasz prawą - silniejszą dłoń w stronę topielca, który zawisnął na kawałku spruchniałego drzewa. Płynie w dół, wraz z rwącym nurtem rzeki. Nie słucha, płynie wprost do przepaści, posępnej jamy wodospadu, by móc głowę rozbić i nie pamiętać, że jakakolwiek historia z A., K. lub M, miała miejsce.

sobota, 3 grudnia 2011

Zachłysnęłam się powietrzem, pieniądzem, uwierzyłam w ewentualność przyrodzoną - zupełnie niepotrzebnie. Niecierpliwię się, tupię nogami o parkiet, wydymam usta spijając zieloną herbatę, odświeżam skrzynkę pocztową, czasami konto bankowe. Schemat, żyję bezdusznymi schematami. Narzekam.
Właściwie, robię to za każdym razem, niezależnie od tego, czy przylegam hipnotycznemu urokowi schematów, czy realizuję odgórny plan zachowań zupełnie do mnie nie podobnych. Nie chcę się delektować życiem. Chciałabym chwytać je garściami, pięściami nakreślać krąg mojej prywatności i przedzierać się przez tłum ze słuchawkami na uszach. Nie chcę słyszeć, słuchać także. ESENCJONALNOŚĆ INTUICJI.

środa, 30 listopada 2011

Loguję się, czytam " lubię siać pogardę", mimo iż napisane jest "siać propagandę". Pogarda mnie określa, ja chyba trochę zgubiłam się w altruistycznych pobudkach, chęci bycia człowiekiem lepszym. Takim, który podaje filiżankę z kawą na "dzień dobry", witając Cię szerokim i ciepłym uśmiechem.
Dzisiejszy dzień chylił się ku kilku przedmiotom. Może niekoniecznie chylił, co podpierał się na nich. W prawej dłoni aparat, w lewej wstążka centymetru i szpilki, które uwierały. Nutka skrępowania, obce spojrzenia, komplementy nie mieszczące się w kieszeniach. Żyję w pełni, tak jak chciałam żyć zawsze. Czuję się zmęczona ogromem wrażeń, które sen z powiek mi spędzają i nie pozwalają osadzić się drobinkom piasku w rogówkach oczu. A ludzie mówią, szepczą, szepoczą, a ja myślę, zastanawiam się i męczę.

sobota, 26 listopada 2011

lewa dłoń, czułość pod piórem Wiśniewskiego, neuron. Jestem wdzięczna. za istnienie ucisku w czaszce, który realizuje nasze pragnienia i pobudza je do życia.

niedziela, 20 listopada 2011

Cisza, strumień opadającej wody, okno otwarte, praca silnika, stukot obcasów, asfalt, kubek kawy, gorycz, odbicie twarzy w lustrze, dezorientacja. Cisza radia, zaokienna symfoniczna aria. Czego chcieć więcej ??
Ludzie, piszę do was, normalni mniej i bardziej, pijani zwyczajnie i niezwyczajnie, obłąkani, gburowaci, składni i nieskładni, pruderyjni i rozwięźli, małomówni i gadatliwi, bądźcie kim być chcecie, jednak od czasu do czasu szanujcie mój wysiłek bycia lepszym człowiekiem.
Godzina pierwsza, stoję, uśmiecham się. Godzina druga tylko stoję, przejawiam uśmiech. Pięć kolejnych, jestem pijana widokiem skrzynek z piwem. Drżę, odczuwam chłód na każdym milimetrze mojego ciała, którego nie udało mi się osłonić. Płaczę w duchu, bo równie dobrze mogłabym biegać w pomieszczeniach cieplejszych, ewentualnie leżeć i przejawiać minimalną część lenistwa, czy zmywać stertę naczyń.
Alienacja to ziwerzątko przyjazne, które pozwala na opanowane spojrzenie na kręgi ludzkie. Przekroczyłam bezpieczną granicę. W obecnym sposobie myślenia esencją stało się ciepłe pomieszczenie, kubek ciepłej cieczy i względna cisza. W głębi ducha to koliduje, z wewnętrznym pragnieniem otaczania się inteligentnymi ludźmi. Móc, chcieć, być. Ja nie jestem myślicielem. Czasami wariuję.

czwartek, 17 listopada 2011

Kupiłam kota. silence. Powinnam napisać [ko-ta]. dyftong. Choć kot nie przybiera 'wartości' materialnej, tkwi gdzieś w podświadomości, mentalnie mi towarzyszy i wysyła ckliwe sygnały, zaprasza do łóżka. Dyftong mi się śni. Pewien cykl snów, pewne samogłoski sylabiczne, które jutro okryją się mianem niepewności.
Podróże tramwajem mnie rozstrajają. W pociągach z kolei jest za dużo zachodu słońca. Przelewa się ironia światła, drwi z chłodu i zaczepia podróżnych. Stoję, opieram się o plecy mężczyzny stojącego za mną, balansuję na pokładzie, potykam, nie mam ochoty na błazeński uśmiech, kiedy szczerość bywa esencją. Tak jest, było i być może będzie. Nie jestem w stanie tego przewidzieć. silence.
Ukradłam dzisiaj komuś pragnienie. Nie czuję się z tym źle. Wręcz przeciwnie. Czekam na rozwój sytuacji. Szeptem zagłuszę Twoją waleczność, żołnierzu. silence.

niedziela, 13 listopada 2011

Lubię wracać, przepychać się łokciami w tramwaju, dźwigać walizkę umniejszonego, skrupulatnie spakowanego świata niewinności, pytać siebie o sens i zmniejszać poczucie jakiejkolwiek wrażliwości na stan rzeczywisty.
Piątkowy dzień był niespodzianką. Biegłam z pustą walizką przed siebie, omijałam perony, mojżeszowałam ludziom, pobijałam rekordy, przyjmowałam rolę spowiednika albo psychoterapeuty. Właściwie, po co komu pusta walizka ?? Może dzięki niej czułam się pewniej. Może czuję się tak za każdym razem, kiedy przekraczam próg przedziału. Albo mieszczę tam swoją próżność i zmęczenie. Metaforycznie wypełniona po brzegi.

sobota, 5 listopada 2011

Próbuję wdrapać się na właściwą półkę, odzyskać piedestał.
Wyprawa do wnętrza ziemii zakończyła się fiaskiem. Właściwie, jak mogę pisać o jej zakończeniu, skoro ona nijakiego początku nie posiada ? Macierz została zachwiana, nie ma swojego prawa bytu. Ja teraz przez Ciebie doszukuję się drugiego dna w sprawach i sprawkach mniej istotnych. Analizuję, pytam, czasami długo zastanawiam się i skaluję w myślach słowa, które chcą się ulotnić z ust. Wlazłeś z impetem w moje życie, zburzyłeś harmonijną i solidną wieżę moich idei i przyzwyczajeń. Teraz, nie pytając stawiasz nowe fundamenty, przejmujesz rolę piastunki. Przejmujesz moją rolę i pozwalasz rozwijać się embrionowi w łonie.
Gdzie jest łono ??

sobota, 29 października 2011

W oddali pobrzmiewa sobie nie kto inny, jak Nosowska, z repertuarem Osieckiej. Bo dzisiaj jest mi zielono, poniekąd spokojnie i niezrozumiale. Przechadzałam się po okolicznych ścieżkach i scieżynkach - nie zauważyłam zmian. Wypuszczałam ciepłe opary z ust, marzłam, zwłaszcza robiły to moje dłonie, maszerowałam niczym żołnierz i poczułam chęć 'powrotów'. Nie myślę nadto konstruktywnie, kiedy trzymam książeczkę z "Wyznaniami". Robię to w momencie ruchu, myślę i w zamian otrzymuję potrzebę nakreślenia kilku zdań. Pamięć jest funkcją, substancją ulotną, stąd i moje powroty bywają nagłe.

Nie wiem, czemu służy retrospekcja, zwłaszcza ta, która burzy harmonijny tok myślenia, wprasza się gwałtem i pozostawia w zamian uczucie tęsknoty, ewentualnie pustki. Kraj lat dzieciństwa, małoletnia M, słoik czekolady wyjadany palcem. Czemu ma to służyć ? Może to swego rodzaju rozliczenie. Nie dostrzegam następstwa. Z drugiej jednak strony myślę, że mamy za mało czasu na obycie się z potęgą RACJONALNEGO. Mężczyzna niewątpliwie nieprzyjemny, szpakowaty i bez gustu.

Odbijam się od ścian, drażni mnie postawa ich pionowa, jak najbardziej szczera. Drażnią mnie meble, postury niezmienne osób mi bliskich, powietrze, anomalia termiczna - całkowicie względna. Krzycz : "zawyj ze mna!' Szpikulec umiejętnie przenika skrzydełka moich żeber, pozwala odczuć ból i świadomość pomyłki.

niedziela, 16 października 2011

Chwyć mnie za dłonie i pokaż poranne uczucie.

Z pewnością brak jakiegokolwiek uczucia, właściwie emocji, ludziom, którzy podróżują popołudniowymi pociągami. Kiedy ciężar walizki przerastał masę mojego ciała, chciało mi się płakać z bezsilności i ogromu schodów do pokonania. Stoisz, przyglądasz się, uśmiechasz. Co mi po Twoich błazeńskich uśmiechach ? Pokazujesz, jaki jesteś ważny, a zarazem zakreślasz aureolę nad moją ważnością. Imjpertynencko, właściwie, tak jak lubię pochłaniasz rysy mojej twarzy. Jednak nie zmniejszyło to ciężaru walizki. Spuściłam wzrok i ruszyłam dalej, popychając koła, połączone nierozerwalnie z rączką. Oddałam się w wir rzekomego wyzwolenia i feminy, która bądź co bądź, czasami jest mi bezpodstawnie zarzucana. Nie przejawiam traz jakiegokolwiek wyrazu dumy. Czasami po prostu nie rozumiem. Upodlenie - niekoniecznie, jednak rozmaitość mentalności na pojedyńczych krańcach świata.


Z Tobą omówiłabym nawet torię względności Einsteina, czy różnicę w poglądach między Freudem, a Jungiem. Zabrakło nam kilku nocy i mnie apetytu na alkohol.

czwartek, 13 października 2011

Post 78. Kiedy czytam mniejsze książki, niż te, które powinny spędzać mi sen z powiek, kładę palec na usta i odczuwam smutek. Mała żółta książka, dużych gabarytów, z połyskującym, hardym grzbietem. Kiedy połykam słowa, mam pragnienie słuchać słów podobnych na codzień. I żadna melodia nie jest w stanie oddać mojego samopoczucia, które zatacza się z każdą minutą. Zarówno z powodów czysto zdrowotnych, niepewności, która dołuje i braku ramienia obok, by móc położyć dłoń w momencie, kiedy kolana w pół zgięte nie chcą się podporządkować i wyprostować. Za dużo zdań nadrzędnie złożonych. Nie potrafię składać zdań banalnych, z czasownika jednego wyłącznie, odcinając się od zbędnych często określników. One pozwalają mi siebie wyrażać - moją naturę, która, jak twierdzą liczni psychologowie nietytułowaniu, jest czysto introwertyczna ze skłonnościami do depresji. Skąd tyle smutku we wszechświecie, skoro mamy mnożące się pokłady czekolady, ewentualnie sypkiego kakaa ??

Krzyk, pisk, trzask. Nie chce mi się słuchać, słyszeć muszę

piątek, 7 października 2011

dziwnie umniejszamy rzeczy w momencie, kiedy chcemy wyrazić je słowami. Posłużyłam się Maeterlinck'iem, bo tak wygodniej i skrzętniej.

Teraz kwestia poznania. Możemy nawiązać do poznania pośredniego ? Niezwykłość nie straciłaby na wartości, a proces ten mógłby być długofalowy. Będzie ?

poniedziałek, 3 października 2011

Jestem zbyt wysoka, by móc w tłum się wtopić. Boję się. Uleciała ze mnie 'prozaiczna niezwykłość', którą kultywowałam jeszcze do niedawna setki kilometrów stąd. Zdziwaczałam. Może jednak mentalnie wrosłam w asfalt. Przestałam zwracać uwagę na przesuwające się wskazówki zegarów. Właściwie po co nam tyle zegarów w jednym pomieszczeniu ?? Godzę się na ograniczanie mojej wolności osobistej, zatracam beztroskę - czasami. Można poddać się terapii przeciwstawnej do terapii afirmacji ?? Odtajać od nadwyżki dobrych słów, kierowanych do siebie. Jestem nieskładna i często zwyczajnie 'nie wiem'.

niedziela, 25 września 2011

Tym razem pomijamy problemy z serii " w którym kartonie leży moja pościel, a  w którym moja bielizna". Alkohol ulotniał się mozolnie, mięśnie wróciły do porządku dziennego i ponownie stały się funkcjonalne. Robiłam zakupy, stałam przed pułką z kefirami i produktami mlecznopodobnymi i płakać mi się chciało. Zlokalizowałam punkt kulminacji pustki, niekoniecznie pustostanu, który odczuwam przykładając filtr do warg. Odczuwałam zwyczajną pustkę, może śladowe zagubienie. Przebrnęłam z walizką przez Poznań, wzdłuż i wszerz. Kiedy spoglądałam na ogrom jej sylwetki, odczuwałam dumę, dość ulotną i bolesną, kiedy spojrzałam na fioletową dłoń i kilka znaczących pęcherzy. Miałabym podobne, gdybym wymachiwała łopatą kilka godzin. Ściana wschodnia - transmisja mszy, zachodnia - tupot małych stóp. Pojemnik z kawą jest pusty.

poniedziałek, 19 września 2011

Ulatuje ze mnie pasja, słyszę powarkiwania i zdziwienie ogólne. Dlaczego miałabym ograniczać spektrum zainteresowań, nawet jeśli nie jest esencjonalne ? Myślę, że każda pasja jest esencjonalna, od momentu, kiedy zdobywa nasze indywidualne zainteresowanie. Rozwijam się, zależnie od tematu głównego, te poboczne mnie nie interesują.

Choć powszechne "zastanawianie się", było do niedawna moim ulubionym zajęciem, muszę przyznać, że w tej chwili stało się nieco uciążliwe. Właściwie przerobiłam już każdy fotel, poduszkę, każdy park, ławkę. Czasami brakuje mi czystych kubków, bo te brudne, nagromadzone w jednym miejscu stwarzają miłą dla oka kompozycję. Nie mam sumienia, by doprowadzić je do stanu używalności.
Obserwuję zmiany pogodowe za oknem. Dzisiejsze dwanaście stopni wygląda niczym pięć. Zataczające się zimno, w ogóle nie zachęca do tego, by chcieć opuścić ciepłe pomieszczenie i przemaszerować miasto wzdłuż, las wszerz.

Jesień, co ty ze mną robisz,

środa, 14 września 2011

Saudek doprowadza odbiorców do skrajnych uczuć. Jedni wydają się zniesmaczeni jego sposobem postrzegania rzeczywistości, drudzy z kolei tęsknią za wizją wolności i braku powściągliwości. Czy stwierdzenie ograniczenia wolności wśród polaków jest jednoznaczne z brakiem mojego patriotyzmu ? Ilekroć zastanawiam się nad tym, częściej moje konkluzje przybierają nijaki charakter. Ja już nic nie wiem o prawdziwym patriotyźmie. Moje zdystansowanie przybiera prawdopodobnie skutek destrukcyjny. Przynajmniej to udaje mi się zaobserwować u swoich rozmówców. Gdy uśmiecham się z powodu niewiedzy, zapominam o swoich słowach sprzed 5 minut i milczę. Cisza jest odbierana negatywnie - z reguły.
Lubię ciszę, kiedy pozwala nie wyrzucać z ust zbędnych i wadliwych słów. A z pewnością takie istnieją. Można mówić pięknie, skrzętnie z rozwagą. Można także mówić nieporządkiem i niesprawnie, choć to nieistotne, bo sens jest priorytetalny. Gdy słyszę potok słów, który omija sens, nie wsłuchuję się. Cisza koegzystuje z moim ego.

poniedziałek, 12 września 2011

W momencie kiedy "homo ludens" tkwi przy elektronice i próbuje system radziecki zrównać z ziemią, kobieta strudzona porywa się na łowy do pobliskiego sklepu, w celu zaspokojenia głodu ciała i duszy, zarówno swojego jak i swoich współtowarzyszy. Na przestrzeni wieków, walka kobiety o jej wyzwolenie przekroczyła miernik uprzejmości. Mężczyźni nie odczuwają jakiejkolwiek minimalnej potrzeby łowów i pochwycenia galopującej ofiary, by móc później okryć się wieńcem laurów, pochwał i samouwielbienia. Esencją "homo ludens" wydają się gry prowadzące do współzawodnictwa. Wolałam siedzieć na betonie, wymachiwać nogami, spoglądać w niebo i nie zastanawiać się, bo tak było bezpieczniej.

niedziela, 11 września 2011

Wypijam kolejny łyk bordeaux. Choć francuzi uważają się za jednych z lepszych posiadaczy winnic, obawiam się, że moje kubki smakowe im nie sprzyjają. Mogłabym wyjść z domu, przejść dwie przecznice, trafić na przyjemną galerię alkoholową i przebierać w winie krajowym w większym lub mniejszym stopniu. Z pewnością nie podrażniłabym swoich kubków i nadal żyła w przeświadczeniu o nieosiągalności smaku wina francuskiego.

piątek, 2 września 2011

Wszystko, co udaje mi się napisać, wydaje się być bełkotem, potokiem niezgrabnych pretensji, szansą na niepełną ulgę. Usiadłam wygodnie na fotelu, zapadłam się w otchłań myśli, które jednoczą się z aurą za oknem. Odczuwam chłód, niechęć i wspominam krzywy chodnik, którym idąc kilka miesięcy wcześniej, potykałam się mentalnie i fizycznie, który zarazem był kolejną pretensją uzupełniającą. Przyglądam się stosowi książek. Nie jestem pewna, czy mam ochotę sięgnąć po odmóżdżacz, Homera, czy może po kubek ciepłej herbaty. Nieustannie kontempluje wydarzenia ostatniego miesiąca, nie potrafię ubrać ich w słowa. Boję się, że słowa zniszczą odczucia. Milczę, nie słyszę już niemieckich pokrzykiwań i nie wyczekuję w kolejce pod prysznic, śpię w czystej pościeli i staram się nie zaprzyjaźniać z chłodem, to zupełnie niepotrzebne. Jednak, co z tego ??

środa, 17 sierpnia 2011

Chcę być prawdziwa. To jednak niezdrowe, kiedy natykasz się na ludzi nieelokwentnych, grubiańskich, czy zwyczajnie głupich. Prawdziwość ma swoje granice. A Tobie pozostaje dozować to w odpowiedni sposób i nie czuć zniesmaczenia, gdy nie czerpiesz radości z rozmowy. W gruncie rzeczy, każdy przejawia wartości, w mniejszym lub większym stopniu, jednak zawsze. Uczucia wyzwalają ze mnie lepszego człowieka. Pora chyba przechwycić ster, wyrzucić za burtę kilku niepotrzebnych towarzyszy, oszustów, pasażerów na gapę. Własne dobro musi stać się esencjonalne. Chłonąć racjonalizm chcę, z przelotem na optymizm i rozgraniczenie własne.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Teraz poradnik psychologiczny radzi, by zapytać osoby najbliższe, w Twoim otoczeniu o Twoją największą wadę. Kiedy okazuje się nią dystans do ludzi, pochopność w podejmowaniu decyzji i ekscentryzm, który stąpa twardo po Twoim cieniu, odczuwam niesłuszność osądu. Osoby najbliższe w Twoim otoczeniu nie są bliskie, otoczenie przybiera trywialne scenografie, a Ty nie wiesz, gdzie obecnie się znajdujesz, gdzie jest Twój dom. Czy to zachód, wschód, a może walizka wypchana do połowy wspomnieniami i błotem. Później poradnik psychologiczny pisze, iż wady wskazane przez Twoich "przyjaciół", w gruncie rzeczy mogą być Twoimi zaletami. Przynajmniej wady nie muszą być jednoznaczne, w stosunku do scenografii.
Nie ma obojętności, a papierek lakmusowy przybiera kolor niebieski. Natykamy się na rady, zasady, dezaprobaty i semafor ?

czwartek, 11 sierpnia 2011

Niewygodna spazma myśli, dobra godzina czegoś, co mogłoby przyjąć miano "ukojenia" dla umysłu, jednak go nie przyjmie. To nie pogoda jest winna za mój brak apetytu, jednoczesny głód i zapotrzebowanie na ludzi dobrych. Kiedy tkwię samotnie w czterech ścianach, z własnego wyboru, udaję, że rzeczywiście kolor ścian jest znośny. W gruncie rzeczy nie znoszę ich przytłaczających barw, nie garnę się jak śmiesz to nazywać do chwytania PEŁNI ŻYCIA. Pełnia życia, odkąd pamiętam, kojarzyła mi się z kuflem żółtej cieczy piwa. Pomysłodawcy reklam, pełnię życia odczuwają jedynie o późnych godzinach wieczornych, z mniejszych lub większych rozmiarach kufla w dłoni i krótkim snem spowitym ze stresem. Nie mam pomysłu, w jaki inny sposób mogłabym określić ten stan. Wylewa się ze mnie gorycz, mililitrami co prawda, jednak dziwi mnie to, że w ogóle odnajduje tak trudne do zlokalizowania ujście. Kartkuję terminarz, później dziękuję za moją idywidualność, kiedy maszeruję niczym szeregowy po marmurowych schodach, które noszą na sobie tabliczki z oszczerstwami i bagnem pieniędzy. Czasami, kiedy człowiek wie, że Twoja inność, stan niezbyt banalny jest chorobą - daje Ci wolną rękę, pole do działania, zachwyt prymitywnością, której nie doznałbyś, kiedy mieniłbyś się w epitetach normalności i zwyczaju.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Saudek




Zbędność słów.

niedziela, 31 lipca 2011

Noc musiała być co najmniej dziwna. Tak myślę, kiedy sięgnęłam po kawę, świadomie zrezygnując z mleka. Nie mam ochoty się zastanawiać.
Jestem POLAKIEM, z kości i krwi, bo MALKONTENTEM jestem. Pytanie, czy nasza urocza mentalność, byłaby taka sama bez tej przywary ??

środa, 20 lipca 2011

Nie mam ochoty, nie mam serca, nie czuję, ze muszę, choć tak naprawdę chcę. Dorosłość, jak początek umierania, a ja czuję, że gniję od środka, bo nie mam w sobie tej lekkości i łatwości w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji. Nie umiem obrucić ich w żart, a czuję, że to, co planuję będzie mnie męczyć przez najbliższe lata. Takie to już moje gmeranie i marudzenie. Czuję, że muszę, choć siedzę tu z twarzą zwróconą do monitora, podbierając się o kartkę, która wypełniona po brzegi literami, pozwoli mi się zorganizować - przynajmniej dzisiaj.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Chciałabym w końcu usłyszeć - " Hej, mała, Twój trud się opłacił!". Póki co, wsłuchuję się w ciszę. I czuję się jeszcze bardziej osamotniona, niż zwykle. Czekam na polskiego robotnika huty, której właściwie nie ma. Zmęczonego, jednak permanentnie uśmiechniętego. Od jutra przejdę metamorfozę. Będę kucharką na pół etatu, w zamian za pełną lodówkę, udostępnienie miejsca pracy - królestwa kuchennego oraz za pogłębianie swojej inwencji, która doprowadzi... miejmy nadzieję, że do czegoś zjadliwego.
Nie mam oczu wielkości pięciozłotówek. Właściwie czytam wszystko, co wpada mi w dłonie. Poczynając od składu pasty do zębów, kończąc na Coetzee i "Wieku żelaza". Choć przyznaję, książka wprowadziła mnie w dziwaczny smutek i poczucie próżności. Jakbym wzruszała się na samą myśl, że korzystam z pulpitu komputera. Chciałabym w końcu z kimś pomówić, niekoniecznie porozmawiać, a pomówić - wymienić kilka nic nieznaczących zdań. Ludzie, którzy mnie otaczają są wytrwałymi słuchaczami. Lubią słuchać, obawiają się tym samym, że odważając się na jakąkolwiek odpowiedź, burzą mój tok myślenia i przede wszystkim kolejność myśli, które rzekomo skrzętnie poukładałam w głowie. Ja nic nie układam, nie planuję zbyt wiele, bo w takim porządku z trudem się odnajduję.

Słyszę kroki, które przemierzają po drewnianych schodach i w mgnieniu oka gubię sens korzystania z edytora. To chyba dobry znak. Nie jestem sama. Nikt nie może być sam.

piątek, 15 lipca 2011

Ramka zamiast przybrać kolor wściekle zielony, nasyca swój podkład kolorem żołci, która zyskuje z każdym dniem na swoim tonie. Dzieci grzyby ugrzęzły w tym zacnym bagnie, a ja nie mogę przebywać tam wraz z nimi.

Ed:
Czasami myślę, że swiat bez tych kilku dźwięków byłby smutny. Właściwie, świat bez jakiegokolwiek dźwięku byłby smutny. Świat bez dylematów, bez westchnień, bez koloru, bez woni byłby czymś nie do zaakceptowania. Więc po co mi świat pełen szczurów ??  Gdziekolwiek pójdę, tam będzie mi dobrze.
A będzie tak dlatego, bo nie zatracę wolności.

Don't let me down, M

środa, 13 lipca 2011

Nie chcę liczyć na przychylność losu, ponownie. Kiedy nie będę spełniać się w tym, co lubię i w miejscu, które za każdym razem obłapiane wzrokiem, dostarcza ciału dreszczy. Między młotem, a kowadłem, nad przepaścią wylaną po brzegi niestygnącą lawą. Płakać nie żyć, umierać byłoby czymś za łatwym.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Gdy czekam na wieści z krainy Oz, jestem bardzo zniecierpliwiona. Nie liczę już łyżeczek jogurtu i nie wydymam ust pijąc kawę, martwiąć się, że poślę jakąkolwiek kroplę na pustkowie mojego łóżka.
Bo właściwie, kawa spijana w łóżku, jest tą poranną kawą, która rzekomo udziela nam wskazówek, jak energicznie być, czy żyć. Jeśli kraina Oz nie przyjmie mnie w swoje skromne progi [ skromne, to pojęcie bardzo względne - ja niewdzęczna], Mickiewicz obiecał mi, że chętnie zajmie się moją dalszą edukacją. Pomyśleć, że wzgardzałam jego twórczością - czasami. Czuję mniejsze zakłopotanie, minimalny dreszcz emocji, jednak nie strach. Pewien film, dla młodocianych nastolatek posługuje się mottem - " Strach przed działaniem, wykluczy Cię z gry". Owszem, przyznaję, brzmi prymitywnie. Gdybym miała się do niego ustosunkować, powiedziałabym, że strach dopinguje. Przynajmniej ja bez odpowiedniej dawki adrenaliny w organiźmie nie mogę ruszyć dalej. Czekamy na depeszę i spijamy kawę, kraino Oz

niedziela, 10 lipca 2011

Zwyczajnie, niezależność nie jest mi pisana

piątek, 8 lipca 2011

Moje przekrwione oczy, gdyby oczywiście tylko mogły, rzuciłyby się niewdzięcznym ludziom do gardeł, roztrzaskałyby budziki o ściany wschodnie, a później, jak gdyby nigdy nic, pozwoliłyby powiekom na ich naturalną, codzienną czynność.
Zanim przyłożę do ust kawałek porcelany, chcę wam opowiedzieć o moim kuriozalnym lęku. To, co wydaje się namacalne, paradokslanie jest nierzeczywiste. Każdego dnia zmieniamy zdanie, albo po prostu pozwalamy na to, by kajdany kłamstwa nas opuściły. Wolność jest względna, miłość także uchodzi za względną. Istnienie jednoznacznej materii, mogłabym wyliczyć na palcach. Jednak, czy ktokolwiek budząc się, zaprząta sobie głowę tym, by pozwolić ciszy ukoić zmysły ??
Nie wiem, gdzie chcę żyć, co chcę robić. Chcę pracować, pożytkować energię, która stoi w miejscu i porusza się w rytmie hula, niczym hawajskie dziewki.

Muszę się ulotnic, przynajmniej na kilka dni.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Zwyczajnie się boję. Materia wokół kusem zalicza miliony kłamstw i oszczerstw, a ja stoję i czekam i spoglądam, śpię, zasypiam, nie dojadam. Tego nie nazwę już jakąkolwiek koegzystencją. Popycham siebie w wir przyjemności, choć po drugiej stronie lustra, bądź z drugiej strony medalu dostrzegam beznadziejność i cuchnący rozkład. Jestem rozdarta, niczym kartka papieru. Co jeśli to nie moje przeznaczenie ??

Słyszę "Marta!", z częstotliwością, która zaczęła początkowo bawić, później nieco irytować. Czas chyba zacząć akceptować wymyślność kolebki tradycji, praktyki i pieprzonego stażu rzeczywistości. Po co komu eufemizmy ??

W dupie Ci się poprzewracało!

sobota, 25 czerwca 2011

Chciałabym za pięć dni, zaserwować sobie minimalną dawkę szczęścia i przerażenia. Kiedy przetnę cienką już żyłkę i odejdę daleko, by tworzyć własną historię.

Głośne słowa wywołują we mnie irytację. Tak jakby moje własne życie ją we mnie wywoływało. Nie mam ochoty okrywać się złotą peleryną i odzywać nie pytanym. Chcę żyć cicho i pięknie, po swojemu, na swoim, zwyczajnie po PROSTU. PROSTO, proso, do prostego człowieka, czar goryczy, potępienie i zagłada.


Utracjuszu własnego szczęścia, mizerna marionetko, jednostko niezależna zarazem i piękna w swoim podniesionym tonie i bezsilności. Krzyk, słabość, ROZWIĄZŁOŚĆ.
W swoim sacrum, jestem po prostu profanum, człowieku.

wtorek, 14 czerwca 2011


Czy mogę dać ci siebie
jeżeli nie umiesz powiedzieć
co czujesz
kiedy oddaje ci usta

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Ponownie porywam się z motyką na słońce. Słońce podsyca we mnie jakiekolwiek nadzieje, motyka ze mnie kpi. Tak na poważnie, czekam na "rozwiązanie", pracuję i w ogóle się nie uśmiecham. Wyżyję za przeciętną krajową, nabiorę koloru, zwiedzę świat, a wspomnienia zepnę w obszerny album, który nazwę "doświadczenie". A po czasie dodam, jako załącznik do CV.

środa, 8 czerwca 2011

Na palcu ściskam swój magnacki pierścień i przystępuję do aktu wylewu frustracji. Pobudka o siódmej, miała  zagwarantować mi udany dzień. Miałam potykać się o konary drzew i odczuwać radość ze zmęczenia. Miałam zaaplikować sobie dodatkową silną porcję endorfin, utrzymując przy tym poczucie, że wygrałam ze słońcem. Deszcz pokrzyżował mi plany. W zamian wypiłam filiżankę kawy i przyglądałam się gębie Błaszczaka, SZANOWANEGO szefa PISu, która wydaje się być na tapecie, właściwie nie schodzi z ekranów o godzinie siódmej, zarówno rano jak i wieczorem. Jego tanie wywody, infantylne ataki wyrosły 50 cm od ziemii, bo właściwie nie różnią się niczym od przekomażań piaskowniczych dzieci. Z drugiej natomiast strony, podziwiam go. To prawdopodobnie jedena z najsilniejszych ikon PiSu, która w tak skuteczny sposób wchodzi w tyłek Kaczyńskiemu.

Właściwie polska polityka, to czysta sporadyczność. Żadna partia mnie nie porywa, a wybory prawdopodobnie ominę szerokim łukiem. Jednak, jak długo można oglądać tę samą gębę, która nie wnosi do polityki nic nowego ???

wtorek, 7 czerwca 2011

zadziwiacie mnie, zadziwiam się.
właściwie, troszeczkę nie rozumiem

czwartek, 2 czerwca 2011

Czy bycie konsekwentnym jest tym samym, co bycie rozsądnym ??? Kiedy w dłoni trzymam pieniądze, w głowie pustkę, a w oczach strach. Po prawo litość, niezdecydowanie i gromkie brawa za szlachetność, po lewo własne szczęście. Wybór nie jest prosty, choć pozornie mógłby się taki wydawać.
Bezwładnie leżę tu, na desce dębowej, ociągam się, wstać nie chcę, kiedy udaje mi się podjąć jakąkolwiek decyzję, kolejne warstwy drewna spadają na mnie lawinowo i wymuszają marazm.

GET HAPPY, GET READY

wtorek, 31 maja 2011

Wraz z Kultem kultujemy ten kultowy poranek z filiżanką kawy z prawej i butelką wody z lewej.

niedziela, 29 maja 2011

Łokciami przepychałam się przez tłumek ludzi, który powstał w najmniej odpowiednim momencie. Właściwie powstał w momencie, kiedy ja przypominałam sobie dobre sny, sprzed dwóch godzin. Zielony przycisk, mimo iż symbol nadziei, nie tchnął jej w drzwi, które wydawały się bezużyteczne w tym tramwaju. Otwierały się tylko wtedy, kiedy one miały na to ochotę. Wydostałam się, masując łokcie, odepchnęłam od siebie myśl, że mogłabym zasłabnąć, upaść, zapomnieć albo po prostu spóźnić się. Przetarłam oczy, zapewniłam sobie lepszą widoczność i mimo fatalnej pomyłki doboru przystanków, biegnąc obrałam właściwy kierunek. Każda twarz, każdego przechodnia, który przez moment stawał się kawałkiem ulotnego wspomnienia, tchnęła we mnie pewną myśl, którą wówczas miałam ochotę z kimś omówić. Zbiegłam na dół, następnie wdrapywałam się na górę, powtórzyłam ten manewr czterokrotnie. Musiałabym zamieszkiwać górę, odludzie pewne, może asteroid w kosmosie, by dostarczyć sobie dostatek wrażeń, zachowując jednocześnie spokój i jednostajność.

środa, 25 maja 2011

Zastygłam w jednym dźwięku, w momencie, kiedy od sześciu minut powinnam być już na nogach. Nie jestem pewna, czy na pewno chcę srać do pudełeczka, udawać jakąkolwiek przyzwoitość i zwiększać liczbę zer na koncie bankowym. Właściwie niewiele wiem. Czasami mam wrażenie, że MMM ma rację. Powinnam zadzwonić tu i ówdzie, popytać, umówić się i mówić, zaspokajać pragniene bycia słuchanym. Odczuwam wewnętrzną blokadę, która pozornie wydaje się być tą nie do przejścia.
Do pokoju przedzierają się złociste promienie słońca, na parapecie stos książek uśmiecha się i wdzięczy. Ja dotychczasowe sprawy wysłałabym w kosmos i wyjechała daleko na zachód, zbierać maliny gdzieś na elizejskich polach.
Gdzie ta finezja, proszę Pana ??

niedziela, 15 maja 2011

W powietrzu czuję słodki zapach jabłek, rozpalanie sziszy, kadzidełek, wprowadza mnie w wyjątkowy stan skupienia. To pewnego rodzaju celebracja. Zabawne, czczenie niewielkiej bańki z wodą. W notesie obok figuruje nazwisko pewnej kobiety oraz numer konta, próbuję zutylizować puszki po piwie, jedziemy na wakacje.

czwartek, 12 maja 2011

Deszcz ze mną igra. Wie, że go oczekuję. Pojawia się i znika, ponownie daje o sobie znać i milczy.
Spacerowałam dzisiaj po milczących ulicach, oglądałam kolorowe elewacje i czułam się jak w muzeum, oglądając wyeksponowany, nienznany mi zupełnie teren.
Abstrakcyjne rozumienie "wolności". Podejrzewam, że za dużo widzę, właściwie za dużo oglądam mimowolnie, za mało czytam. Chwila ulotna, myślę o sobie, jako o jednostce w pewnym sensie uorganizowanej na pewnym poziomie. " Dorosła jesteś, myśl podobnie!". Uśmiech jest przejawem szczęścia, skrępowane palce wyrazem zdenerwowania. Potocznie owszem. Śmieję się, gdy jestem zdenerwowana, palce wiąże w momencie zupełnego opanowania. Pozornie kartkuję grube księgi, zastanawiam się, właściwie myślę, że mnie to nie dotyczy, nie ma najmniejszego sensu. Pytania się pogłębiają, zamiast stawać się płytsze, a ja gubię chęci ich rozwikłania.
Mogłabym złożyć kilka słów, powstałaby niezła wyliczanka, gdy rwałabym płatki stokrotki i wymawiała " zależy, nie zależy, zależy, nie zależy". Oszukiwałabym siebie. Właściwie, chyba jestem już zmęczona

wtorek, 10 maja 2011

Nadeszły złe czasy.
Chciałabym deszcz, pełną butelkę amaretto, zanik bezczynności i aktywną pocztę.

sobota, 7 maja 2011

Kiedy wylewając z siebie tą obrzydliwą zwyczajność, mogę skupić się na ruchu palców wskazujących, w mniejszym stopniu kciuków. Kiedy z kolei jestem zmuszona wylać z siebie kilkanaście zdań, na temat dość ambitny i niewatpliwie SZTYWNY, skupić się nie mogę, a palce odmawiają mi posłuszeństwa.
Dzisiaj przyglądałam się pewnemu wspomnieniu i doszłam do wniosku, że palenie mostów jest dla ludzi słabych.

Jestem człowiekiem słabym, palić mostów nie lubię. Potrafię rozdzielać wspomnienia, nie łączyć ich w jedną całość i nie nadawać ludziom pojedyńczych imion. Stąd wiemy, iż dwuznaczność daje nam tak wiele możliwości i o połowę mniej rozczarowań.

Jak duże istnieje prawdopodobieństwo, że można "kochać" mnie, nie zważając na tę zmienność i neurotyczność, a uwagę skupiać na części twarzy i kawałku ust ??

piątek, 6 maja 2011

Momentami czuję się jak RRR Dostoyewskiego. Kiedy miotam się, pytam i mdleję.

Minimum słów, maksimum treści.

poniedziałek, 2 maja 2011

stuk, puk, trzask. Odgłosy rozbijającego się szkła, demoralizatorski monolog, który pozornie był brany za dialog. Mój drogi, dialog dotyczy dwóch osób, dwóch czynnych osób, niekoniecznie dwóch i jednej, która nie jest czynna, milczy i nie słucha, bo słuchać nie chce. W momencie, kiedy konsumowanie muzyki było na miejscu, Ty biegałeś, upijałeś się i udawałeś, że masz skrzydła w tyłku. Widziano Cię to tu, to tam i podziwiano, nie mogąc jednocześnie tego robić z czystego obrzydzenia i dezaprobaty.
Twoja zuchwałość doprowadziła Cię to zatracenia, spadłeś z półki, z poziomu wyższego, z metra osiemdziesiąt do metra czterdzieści.

Zielony świerk, czarny człowiek, upojenie, zmęczenie, smutek. Jeśli mogę być z Panem szczera, w momencie kiedy dotrzegłam tę mieszaninę uczuć, postanowiłam poczęstować Pana papierosem. To może wydać się Panu naiwne, jednak uznałam, że perspektywę obserwatora uzyskuje się poprzez wchłanianie drobin trucizny do organizmu i pozwala się jej na aktywację. Nastaje moment pulsowania płytek krwi, ostrości widzenia i spokoju umysłu. Czyż nie lepiej zbiera się Panu teraz myśli ?? Nie musi Pan dziękować.

Mijałam, stację za stacją, śmiałam się w głos, gdy nagle..
pokonywałam stopień po stopniu, by móc godnie przywitać rozczarowanie. Miałam ochotę powtórzyć ten precedens, chciałam odwrócić bieg wydarzeń. Uniosłam się kurtuazją, powiedziałam " dobry wieczór", mimo iż bardziej na miejscu wydawało się " dobraNOC". Brakowało mi sił na wypowiadanie większej ilości słów, nie chciałam by ponownie moje dobre wspomnienia zdominował smutek. Pomyślałam o herbacie, ciepłej kąpieli, kilkunastu minutach muzyki.

Trwa kilkanaście minut, za oknem stopni kilka. A ja nadal nie potrafię znaleźć swojego absyntu.

piątek, 29 kwietnia 2011

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Powieki cięższe, niż masa ciała. Po prawo widzimy eskalację pragnień. Z kolei po lewo upadek moralny i zanik mięśni.

Dwóch polaków i trzy zdania. Pluralizm jest rozwojem. Co jednak, kiedy nie wszyscy są gotowi, by kroczyć mężnie przy jego boku ?? Co, jeśli nie wszyscy są dojrzali, bądź po prostu kwalifikują się do grupy ludzi, stojących w kolejce po "wilczy bilet", ku bezpowrotnemu wydaleniu ??
Przepraszam. Głupota mnie dziś zawiodła.

Jutro mury, które znosiłam przez trzy lata [ mam wrażenie, że wice wersa], ponownie staną się zupełnie obce. Sekretarki także wydają się już bardziej obce. W momencie, kiedy dostrzegasz uśmiech na " dzień dobry" wypowiedziane półszeptem. Czego dostrzec wcześniej nie potrafiłeś.

W tęsknocie jest coś upokarzającego.
Dlatego nie zamierzam tego praktykować. Chyba..
chyba, że poczuję ucisk w skroni i suchość w gardle. Spocznę z myślą, że to co wcześniej w myślach obrzucałam jajkami, mogło być czymś dobrym, być może i było.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Całkiem nowe łącze ze sferą muzyki, wyrzuty sumienia, gorący kubek przymusu. WOS całuję, mówiąc "dobranoc", kubek kawy z kolei, mówiąc " dzień dobry". I toczę się niczym płynny glob z domieszką lądu. Przyszłość klaruje się niczym masło, całkiem przychylnie.
Myślę tak, odkąd zdałam sobie sprawę z tego, iż chęci mają minimalną przewagę nad rzeczywistym stanem rzeczy.

DZIEŃ DOBRY, KENEKTIKET !
Mówię, uśmiechając się szeroko, nowozrobioną, śnieżnobiałą szczęką. Dziełem światowej klasy specjalistów.
Kangury, mury, wieżowce, piaskowce, parki, kopiarki.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Naszej życiowej sensacji [ sytuacji], pierwsze skrzypce grają chęci, dopiero później realne szanse. I nie skłamię, jeśli napiszę, że bardzo mi się to podoba

wtorek, 12 kwietnia 2011

Wyjeżdżasz na studia.Wracasz jako bohater narodowy. Kłaniasz się po pas, chętnie przyjmujesz uściski dłoni, oczekujesz owacji. Względny mentalny paw.

Nieba nie ma. Przynajmniej nie ma go tutaj. Nad głową nie wirują mi już waniliowe pasma dymu, obłoki uciekły w popłochu. Niebo przysłoniła granatowa okładzina, której jedynym celem jest zepchnięcie dobrych, bądź poprawnych nastrojów na margines, czyściec, czy próżnię po prostu, gdzie wszelkie krzyki o ratunkowe koła zostają stłumione.

Nad ranem usłyszałam łagodne brzmienie budzika. To musiał być poranek wyjątkowy. Budziki o łagodnym brzmieniu są na wyginięciu. Odgarnęłam włosy z czoła, w lustrze oglądałam niekorzystne skutki nocy i kolejne oznaki lenistwa na twarzy. Myśląc o "jakiejkolwiek" maturze rok wcześniej, na myśl przychodziły mi dość prozaiczne hasła : wiosna, utrata paznokci, biała koszula, długopis z czarnym wkładem, arkusz. Dzisiejsze spojrzenie przestało opierać się na powierzchowności. Zauważalną różnicą jest brak doceniania snu. Sen stał się po prostu snem. Dzień przebiegłby jak każdy poprzedni, gdyby nie świadomość, że ludzie, których mijałeś na korytarzu przez trzy lata, najzwczajniej staczają się w Twoich oczach. Spijają resztki szampana, zataczają się i staczają, jak mają w zwyczaju Ci, którzy sensu życia już dostrzec nie potrafią. Wspomnienia są tworem najtrwalszym, który dewastacji nie podlega. Nie rzucisz nim o ścianę, nie rozsypie się, nie odeślesz na wysypisko próżności. Istnieje jedynie przewaga wspomnień złych, nad dobrymi. Częściej wracamy do złych, które jednocześnie "bywają" przestrogą naszych kolejnych zachowań.

piątek, 1 kwietnia 2011

Nadal nie dociera do mnie rzeczywistość, która pozornie śmie się nazywać ładem.W gruncie rzeczy to bałagan, burdel, z setką roznegliżowanych nóżek, biustów i ponętnych ust.

Ja nie jestem złotousta, nie jestem także żadnym kierunkowskazem,czy psem przewodnikiem. Ja jestem po prostu pełna zrozumienia. Rozmawiasz, mówisz, mówisz, wylewasz słowa. Zastanawiam się, skąd czerpiesz siłę na ich wypowiadanie,skoro jest Ci ze sobą, z nim tak źle.

Ty uciemiężona matko, córko, polko. Ja leżę tu, w lustrze się przeglądam, poprawiam łzy by powróciły na właściwe miejsce, pudruję nosek i skaluję najlepsze myśli, jakie może mi zagwarantować jedynie wpływ dobrego alkholu. Pozostaw mnie samą. Przed lustrem wolę aprobować siebie. Jeśli nie stać Cię na zrozumienie, po prostu zamknij usta, następnie drzwi.

środa, 30 marca 2011

Biegam i potykam się o rozległe konary drzew,
flamastrem czerwonym zakreślam krąg,który właściwie mnie nie dotyczy.
Pan M. krzyczy, Pani K. przygląda mu się badawczo i nie potrafii wysunąć jakiejkolwiek diagnozy.
" Pan musi być cholerykiem,.." do cholery, cholerykiem cholernym.
"Musi "zaciera się z "może". " Może"z kolei zaciera się z "chyba". To z kolei ponownie staje się falą niepewności i zawiedzenia.

Pies odłogiem leży, spogląda na człony,które przesuwają się raz w prawo, DWA w lewo. Spogląda, milczy. Czasami chce zabrać głos. Chwyta wtedy dodatkowe drobinki tlenu, odniesie się do swojego istnienia tylko po to, by móc usłyszeć " zamknij się". Ja rozumiem. Pokora nie jest koniecznością, a wyłącznie obroną.
Bronimy się przed zniekształceniem z zewnątrz, które deformując kształt naszych myśli, przekształca je w skuteczną broń.

wtorek, 29 marca 2011

Gdy mówiłam, że moje łącze uszne jest sprawne od pół roku, mówiłam szczerze. Za szczerze, do tego stopnia, że mam z nim aktualnie drobny problem.
Przekroczyłam próg domu, czułam pot, który spływał mi po plecach.., jednak takie, czy podobne "smaczki" zostawię dla siebie. Doszłam do wniosku, że wysiłek fizyczny jest dobry, lepszy właściwie od wysiłku umysłowego. Co ważniejsze, sprawił mi radość. Przekraczam śmieszne " bariery", mimo to czuję się zwycięzcą. Las, igły,świerki, sosny, Weronika, fala zimnego powietrza, marudzenie.

Za kilkadziesiąt dni stanę przed pewnym faktem, dość zabawnym, niemniej istotnym. Roześmieję się mu w twarz, zanucę " don't let me down"beatlesów, a w życiu...
napiszę niejedno zdanie, kupię butelkę dobrego wina, nie sikacza, jak miałam w zwyczaju robić to jeszcze kilka lat temu i będę zatrzymywać w nozdrzach te igły i świerki.

                                                                                                                                                                 M.

wtorek, 22 marca 2011

Wyzwolona żona, wydaje się być jedynie pozornie wyzwoloną. Wyzwalać się od zachowań, które narzucają jednostki, również  POZORNIE wyżej uorganizowane, prościej - wyzwalać się od złych ludzi. Twoje pozorne wyzwolenie opiera się na trywialnym tłumaczeniu. Ty wyzwolona nie jesteś, Twoje lęki nie pozwalają Ci szybować w przestworzach i zmyślać króliczków, chomiczków, grzybków, kotków i piesków, z lepkiej piany, która od czasu do czasu pojawia się na niebie. Muszę przyznać, że ostatnio udaje jej się być rzadkością, w naszych progach.

Nie jestem pewna, czy rzeczywiście natręctwa są natręctwami. Niektóre zachowania, pozwalają mi zachować twarz, bądź po prostu ją trochę urozmaicić. Gdy stoję na korytarzu, który mieni się od ciepłego koloru ścian, wyobrażam sobie, jak musi wyglądać wnętrze pomieszczenia, które przepełnione zimnem, pozbawi mnie komfortu. Podnoszę kąciki ust, śmieję się dyskretnie, dyskretnie mniej, by móc śmiać się w GŁOS. To wina rosnącego napięcia i zdenerwowania. Czym ?? Dobre pytanie.
Poniedziałki są supłami na żołądku, okresem nieprzyjaznych spojrzeń, słów, które wypowiadamy ze smakiem, które wydają się realne wyłącznie w chwili mówienia. Nieistotne z kolei trzy godziny później. Płacz uśnieża ból. Co jednak, gdy nie mamy nań jakiejkolwiek ochoty ??

Wydawało mi się, że zima jest okresem, który niesie na sobą pewną ideę, nieszablonowe myślenie, otępienie czasami, zamyślenie, smutek, niebanalność. To letarg, uśpienie zmysłów. Czekam na błękit przestworzy i rozprostowanie skrzydeł.

piątek, 18 marca 2011

środa, 16 marca 2011

Choć brzmi to plytko, płytkim nie jest. Wystarczy odrobina zainteresowania, by koło toczyło się w odpowiednim kierunku. Muzyka pokarmem dla duszy, dla ciała. Bo gdy połykasz dźwięki, to co w lodówce, wydaje się tak bardzo nieosiągalnym i nieznaczącym.
Gdy Różewicz pisał, że miłość zaciera się z nienawiścią, miał rację. Miał rację również w tym, że nadzieja pozwala na to, by stan zagubienia i poczucia oszukania nie trwał w nieskończoność. Ja nie znalazłam mentorów, którzy w sposób jednoznaczny wskazaliby mi drogę. Nie znalazłam, bo i nie szukałam. Przynajmniej nie tych z krwi i kości.

Napadła mnie ochota, by dementować i tłumaczyć wszystko to, co ma prawo swojej bytności No dobrze, chociażby wyłącznie to, co ma prawo swojej bytności i jest w zasięgu mojego wzroku.

sobota, 5 marca 2011

poniedziałek, 28 lutego 2011

Nie będę pisać. Muszę w całość złożyć kilka pigułek, porozmawiać z kimś ode mnie mądrzejszym. Mam nadzieję, że to co pisują, nie przekłada się nad doświadczenie i praktykę. Zaczynam organizować sobie czas, układać skrzętnie pod jednym i wydaje mi się, że najważniejszym celem. Chcę zlikwidować niekorzystny bieg wydarzeń, bądź po prostu uczynić go czymś, co najzwyczajniej by mnie nie dotyczyło. Nie chcę zastanawiać się, rezygnować z przyjemności i ukradkiem spoglądać wstecz.

Kiedy rezygnujesz ze swoich najlepszych snów, dostrzegasz, że to rzeczywistość się z nimi utożsamia. Mętnym wzrokiem pochłaniasz odbicie twarzy w brudnym i zniszczonym oknie w pociągu. Rozmawiasz, jednak nie wiesz, w jaki sposób powinieneś dobrać słowa. Czasami nie rozumiesz, słowa przenikają się do tego stopnia, że z trudem wychwytujesz te pojedyńcze, które śmią nazywać się tymi kluczowymi. Na karku czujesz wszechogarniające zimno, kilka zainteresowań, gałek ocznych, które starają się przeskalować Twoje wyobrażenia o sunącej po szynach maszynie. Spoglądanie, to pozdrawianie. Spoglądając kilkakrotnie myślisz "Jasne, przecież my się gdzieś już widzieliśmy!".

wtorek, 15 lutego 2011

środa, 26 stycznia 2011

Wcale nie chodzi o to, że cenię sobie swoją prywatność, tutaj. Moja prywatność obejmuje zupełnie inne sfery. Odpoczywam, myślę. Czasami nawet włożę do ust filtr, wezmę kilka głębszych wdechów, poobserwuję ulatniający się dym. Niezdrowo się zachowuję.
Dopiero teraz dostrzegam, że  udaję jakiś "wydymany" heroizm. W gruncie rzeczy, jestem kruchym ciastkiem, herbatnikiem, który od czasu do czasu ląduje w gorącym kubku kawy i ulega rozmiękczeniu. Sen, który wcześniej okazywał się lekarstwem, obecnie niszczy pion, który wypracowywuję sobie budząc się rano. Syzyfowy głaz. Ja walczę. To wcale nie prawda, że akt nieprzejęcia sprawami, które owszem, dotyczą nas, jednak nie mamy na nie wpływu, pozwala nam się uwolnić od rozterek. Chyba,że Ty również siebie oszukujesz. Koncepcja,w której ludzkość tworzyła trupę aktorów, a życie niezłego scenarzyste, wraca. Restrospekcja mnie zjada, kawałek po kawałku. Nie poznaję siebie, wrażliwości, beztroskiego wypowiadania słów i obrażania. To nie ja.

czwartek, 20 stycznia 2011

Nie lubię widzieć, gdy spoglądasz. Ja lubię obserwować, gdy płaczesz. Lubię milczeć z Tobą i zastanawiać się, czy bytność w określonym temacie ma jakikolwiek sens. I doskonale wiem, że nie lubisz gdy piszę dość niezrozumiale dla tych obłoków wirujących mi nad głową. Tak jednak jest mi łatwiej. Bo Ty połykasz litery i zatrzymujesz przy sobie. Trwasz w niejasności i przestajesz mnie lubić. Myślisz, że ja stosuję wobec Ciebie "reprymendę", bądź po prostu gardzę, jak człowiek człowiekiem, gdy do ust nie przyłoży białej filiżanki z kawą, nad ranem.
Nie wiem, jak długo będę znajdować się tu, gdzie teraz jestem. Delektuję się każdą minutą. Spoglądam na stosy świec, waniliowe obłoki rozprzestrzeniają mi się nad głową. Milczę, bo cisza jest znośna. Nie rozumiem obecnego stanu rzeczy. Przechodzę permamentną retrospekcję i..
Śmieję się w myślach, że byłabym piękną, długonogą brunetką, o cejlonowych ścianach w pokoju i cudownym widokiem na górską halę z okna kuchni, w której piłabym dobrą kawę. Albo zmagałabym się codziennie z tramwajami, spoglądając na zamglone widoki z ich niewielkich okienek. Znudzona tym, że oddycham. Chyba ta wizja niewiele odbiegłaby od dzisiejszej rzeczywistości. Byłabym, a jednak nie wszystko stracone.
Tak bardzo nie lubię nie wiedzieć. Stąpamy we dwoje, w czworo i dziesięcioro po niepewnym gruncie. Dzisiaj niespecjalnie odczuwam. Czasami myślę, że się boję. To w końcu tylko myśli. Wydawanie się. W gruncie rzeczy ja nie wiem, czym jest lęk.

piątek, 14 stycznia 2011

Z pozoru męskie ramiona są odzwierciedleniem bezpieczeństwa i ciepła. Ja jednak najbezpieczniej czuję się w swoich czterech ścianach, ich wdzięcznych ramionach i ciepłych kolorach.

środa, 12 stycznia 2011

http://maturzaki.pl/magazyn/index.php/matura/2011/01/12/dlaczego-tyjemy/

Zygffryd tu i Zygffryd tam. Uśmiecham się trochę. Chwalę czymś niezbyt dobrym, jednak pierwotnym.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Być wszędzie, naderwać kawałek księżycowego sklepienia, mówić. Bezsenność utrapieniem. Sen nieprzerwalną falą złości i zdezorientowania. Słyszę i słucham. Czasami wolę to, od wypluwania czegoś, co należy wyłącznie do mnie. Wtajemniczenie jest dla ludzi dobrych. Powinieneś mówić do mnie częściej, ja z kolei powinnam milczeć, spoglądając w nicość, bo w końcu budząc się i otrzepując drobinki piasku z powiek, pozwalasz sobie na stwierdzenie niepewności. Owszem, to, że ciepło, cieplej, że książka dobra i herbata smaczna, nadałoby jakikolwiek temu sens. Tylko na chwilę. Ład mógłby być czymś irracjonalnym w obecnej czasoprzestrzeni, kiedy do sklepu po bułki wychodzisz, milcząc, wracasz z kefirem.

Ja często prowadzę walkę wewnątrz. Dzisiaj z kolei nie walczę, dzisiaj zmysły objęły kwarantanne, morze mleka,jak za starych dobrych czasów. Nie chcę zgrywać kogoś kim nie jestem. Dobrze, przynajmniej dzisiaj nie będę twarda. Jutro powrócę na półkę, utworzę szereg, pion upozoruję i uśmiechnę się szczerze, w miarę możliwości.

niedziela, 9 stycznia 2011


"Czy źle?? Nie wiem.
To trochę smutne, że nie pamiętasz. Z reguły kreują one nasze pragnienia, są odzwierciedleniem naszych przemyśleń albo przypominają te bardziej odległe,o których już zdążyliśmy zapomnieć.
Najbardziej lubię sny z pogranicza zimy i wiosny. Są bardzo wyraźne, jednak nie jaskrawe. Te jesienne są ponure, apatyczne i właściwie nic nie wnoszą, letnie są zbyt jaskrawe i niezbyt miłe."



To nie pierwsza sytuacja, kiedy budzę się zalana potem, wydając mimowolnie z siebie jedynie łkanie. Czasami nasze pragnienia nas przerastają. Pobudzają w nas drobinki nadziei, która wyniszcza stabilizację i harmonijnie uporządkowany i wydozowany świat. Początki są dobre. Dostrzegasz pastelowe zgranie kolorów. Pozwalasz wyobraźni pracować dalej, w miarę ciągłości, fabuła przyśpiesza, kolory stają się bardziej wyraziste. Niczym nie przypominają już obrazów Moneta. Zaklasyfikowałabym je w przejściowy kubizm, w drodze do pop - artu. Po chwili fakty, które wydawały się spójne, zatracają się. Pozwalam sobie na odrobinę szaleństwa, abstrakcję i paradoks. Nie potrafię wyobraźni i nasilających się pragnień utrzymać w ramach. Pomimo tego, że potencjalnie w każdej chwili mogę się wybudzić, nie potrafię. STOP KLATKA, ot tak. Napięcie przechodzi apogeum, rozproszony umysł. A ja na krańcach czaszy posłuchuję łkanie.
Żałosne i nienaturalne łkanie.

czwartek, 6 stycznia 2011

Od jutra wszystko ponownie stanie się restrykcyjne,

wtorek, 4 stycznia 2011

Bez zbędnego patosu, w sposób iście ludzki, niepatetyczny.
Wypełnione dwa kościotrupie skrzydła, pokryte pęcherzykami powietrza; szczęściem wypełnione, mimo iż niewidoczne. Poruszane to raz, dwa razy przez niewielkich rozmiarów mięsień; plastikową, zimną, nieczułą płytkę. Stuk, plask, trzask, ah co to był za koncert.

niedziela, 2 stycznia 2011

Łączysz naguby dłoni, później podsuwasz pod podbródek i uśmiechasz się do okrutnej wizji, która przesuwa się przed Twoją twarzą. Dochodzisz wtedydo wniosku, że ludzkie zachowania się nie zmieniają. Ludzkie zachowania podpierają się o przeszłość, zmienia się jedynie oprawa, sposób w jaki ze sobą rozmawiamy i gesty, które są czasami o wiele bardziej słyszalne od słów. Nie mówimy wierszem, przecinkiem wydaje się być słowo "kurwa", nie nosimy długich sukienek i kolorowych gorsetów. Tyłek przyświecają lateksowe leginsy, umysł z kolei kablówka, która wydaje się nieodłącznym elementem i garści popcornu.

HELLO my dear

sobota, 1 stycznia 2011

Dzień rozpoczął się od gorącej czekolady. Zakończy się z kolei na stercie papierków, przenoszenia swojego życia ze zniszczonego terminarza, do pieczołowicie złożonego, brązowego prezentu od mamy. Zarówno ona, jak i ja wiemy doskonale,że w żaden inny sposób nie potrafię się zorganizować. Moje życie bez większych lub mniejszych podobnych książek jest nieprzesadzonym letargiem. Bagatelizuję sprawy ważne, mniej ważne, po to, by móc oddać się w sidła nieznośnych wyobrażeń gorącej herbaty, permamentnego ciepła, bijącego ze wschodniej ściany mojego pokoju i łóżka. Rozglądam się we wszystkie strony, później zatyka mnie płaskość sufitu i grobowa cisza, która w rzeczywistości przeszkadza i demoralizuje.
W gruncie rzeczy, do dzisiaj hasło :podsumowanie, znaczy dla mnie niewiele. Być moze dlatego, że słowo wychodząc z moich ust, nigdy nie dotknęło spełnienia. Naprawdę jest mi obce. Dwie białe kartki, myślniki następujące po sobie, marginesy, kilka magicznych cyfr. Nie potrafię się zorganizować, zmusić do chwycenia w dłoń długopisu i nakreślenia paru słów. Kuriozalnym i niedorzecznym byłoby, gdybym, pisała o tym tutaj. Czułabym się tak, jakbym oczekiwała jakiejkolwiek aprobaty za to, co udało mi się dokonać, nad czym pracowałam, a uzyskanie rezultatów, mimo iż okupione nieświadomością w działaniu, przyniosło swoje pochlebne lub nie rezultaty. Uśmiecham się, widząc przyszłość. To budujące, wiedząc, że pozostało Ci jeszcze trochę czasu, by cokolwiek zmienić, a z każdym dniem udoskonalać pracę nad swoją masą, humanoidzie.

Chciałabym prosić tylko o jedno. Chciałabym móc mieć temat.
Brak składni jest czasami przerażający. Dopada Cię wtedy myśl, o tym by zamknąć bzdurnik, a to o czym myślisz, puścić w niepamięć.
A z każdym dniem dochodzę do wniosku, że słowo ma niewielką moc, w porównaniu z czynem. Na szczęście.