sobota, 27 listopada 2010

Wysuwam nosek, spod zielonej kołdry. Posiągam kolejny łyk czerwonego wina, mimo iż czasami przyprawia mnie o wstręt. Dzisiaj natomiast, z braku laku, lampka wypełniona jest do połowy czerwienią. Dzisiejszy dzień całkowicie pozbawia moją koncentrację jakichkolwiek wpływów, albo tego miernego poczucia dominacji. Rozbiegane oczy, za którymi nie nadążam, podwójny samochodowy wypadek, który był jedynie PRAWIE wypadkiem. Niezależnie od tego, jak zręcznym kierowcą potrafię być,.. dzisiaj jestem wyłącznie kobietą. Czytam to, co chcę przeczytać, piszę to, o czym chcę pisać, myślę, że jest zimno, mimo iż w pokoju szaleje cudowne trzydzieści stopni, przynajmniej tak twierdzi wskaźnik. Do tej pory mnie nie zawiódł.

Może masz rację. Ten temat jest dla mnie zbyt odległy. Boję się, może. Mam niezdrowe podejście, może. Nic nie jest jednoznaczne. Sama jednoznaczność wydaje się kuriozalna. Zgubiłam zdrowy rozsądek, w pogoni za szczęściem. A może zgubiłam zdrowy rozsądek, w pogoni za samym rozumem ?? Tkwiłam w przestrzeni, wsłuchiwałam się w wykład, który uśpił rozum ?? Myślę, że to letarg, wpływ czynników mniej korzystnych z otoczenia, które w nieodpowiedni sposób kształtują mnie, kruchego i małego człowieczka. Raptem dwa tygodnie, wrócę do tego, co śmie nazywać się logicznym myśleniem. Odkurzę półki z książkami, wcisnę pedał gazu, natknę się tym samym na zupełnie nowy zestaw kłamstw i oszczerstw. Nie będę jednak sama. Co względnie pociesza.

Kult, żałuję, że takie utwory docenia się w najbardziej beznadziejnych momentach w życiu.

Kłamstwo wlecze się za kłamstwem. Nie kłamiąc, kłamiemy. COŚ bardzo podobnego odczuwam w tym momencie. Nie mając ochoty na czerwone wino, twierdząc, że czerwone wino nie jest czymś dobrym, gdyż niesie za sobą dość nieprzyjemne wspomnienia, dopijam lampkę, która jeszcze chwilę temu była wypełniona do połowy czerwienią. Podświadomie lubię czerwone wino. Jednak nie w tym sęk. Piję bo smutek, który zżera mnie od środka, nie pozwala mi inaczej. Swoją drogą, gdybym uważała się za człowieka silnego, nie wypisywałabym czegoś tak bardzo mnie uwłaczającego.
Pamiętam tylko, ze była wtedy wiosna
Wiadomo maj, te sprawy drzewa całe w pąkach
Serce pojemne jak przedwojenna wanna
I pragnienie, by ją wypełnić
Uwiodła mnie przepaść jednego spojrzenia
Runęłam w nią rozkładając ramiona
Spadałam całe lato i bym się roztrzaskała
Gdyby nie spadochron z wyrzutów sumienia

piątek, 26 listopada 2010

Zima, śnieg, lód tafla niespokojnego morza, a ja mam wziąć łyżwy ze sobą i sunąć, niczym ospała baletnica ?? Raptem rok dzieli mnie od gór.

Dzień po dniu, żyję tą permamentną nienawiścią per. zawiścią do braku skrajności. Tkwienie po środniu zupełnie mi nie odpowiada. Ilości kubków herbaty podwaja się, percepcja, aparypcja, ulegam zmianie, jestem faniksem w złotej klatce.  Efektem ubocznym, który mnie drażni, jest truizm, za czym idzie wasz brak taktu i zwykła, prostacka głu po ta.
Tegoroczna zima będzie okropnym okresem. Myślę o sobie, o syndromie wiecznie zimnych dłoni i oziębłym przysposobieniu. I choć często wydaje Ci się, że charakter jest częścią stałą, powinieneś zatrzymać się na "wydaje mi się".

Dziękuję słodki, że istnieje coś takiego, jak dobra książka, która choć na chwilę odrywa mnie od rzeczywistości.

Ponownie nic nie wyprowadziło mnie z równowagi do tego stopnia, bym mogła szczerze o tym napisać, umieszczając przy tym dopisek " owszem, jest o czym pisać". Bzdurne tvn24, bzdurny Wprost, bzdurne RMFfm, bzdurni ludzie, bzdurne ziemniaki i bzdurny śnieg

kęęę

niedziela, 21 listopada 2010

Czasami zapisuję myśli na nadgarstku, na nogach,  na blacie stołu, jednak te są najmniej trwałe.
To nieistotne, czy podzielę się z wami tutaj wczorajszym pejoratywnym spojrzeniem, czy dzisiejszym upojonym jeszcze. Chyba naprawdę wydziela się ze mnie jakaś zagadka. Nie do konca jestem świadoma swoich możliwości i zachowań.

Dzisiaj z kolei będę cholernie nieobiektywna, w stosunku do facetyzmu. Skrajne [ niektóre], prostackie zwierzątka idące z "duchem" załatwienia zadania "podtrzymania gatunku". Wszechobecnie, w rzekomy indywidualny sposób. W gruncie rzeczy, każdE z nich ma ten sam niewytłumaczalnie piękny grymas na twarzy.

Wchodzisz do dżungli, liany przysłaniają Ci widok stolików, przy ktorych siedzą małpy, z nienaturalnie wielkimi źrenicami, dostrzegasz klepiące osły, następnie leniwce i hieny. I pomimo tego, że wszystko pozornie wydaje się być harmonijne i spójne. Zwierzęta porozumiewają się, wymieniają dyskretnymi uśmieszkami, spojrzeniami, by wyciągnąć z Ciebie tajemnicę Twojej egzystencji. Najwygodniejszą pozycję zajmują osły, sugerując się wyłącznie opinią silniejszego od siebie leniwca, klepią, uśmiechają się za przyzwoleniem, płaczą za przyzwoleniem i mówią za przyzwoleniem. Obiektywizmem wykazuje się małpa. Wyłącznie ona nie zważa na hierarchię zwierzyńca. Lotne intelektualnie zwierzę, pochopnie podejmujące osąd. Szczere do bólu w momencie, gdy banany przelewają się "litrami".

środa, 17 listopada 2010

To było całkiem miłe. Przynajmniej teraz wiem, że pomimo Pani sceptyzmu, nie jestem Pani obojętna. Z miesiąca na miesiąc, moje plany na przyszłość zyskują całkowicie odmienne i nowe spojrzenia, ich uliczki są mniej ślepe, a ja wiem, że robię to wyłącznie dla siebie. Żyję dla siebie, oddycham dla siebie i to dla siebie jestem egoistką. Podnoszę kąciki ust, wykrzywiam je i myślę o tym, że swiat pomimo swojej potworności, stoi przede mną otworem. [ stoi przede mną potworem]. Czas odsłonić czoło, spiąć długą, ciężką grzywę i wziąć się do pracy.

Nasze spojrzenia gubią się w jasnym, ciasnym i przesadnie oświetlonym pomieszczeniu. Kot przechadza się po bladym, pozornym szkle, kawałkach puzli, ściśle ze sobą połączonych lepką cieczą, którą spijam każdego poranka, chcąc wmówić sobie, że sprzedaję sobie siły witalne. Żywię się paskudztwem, z zielonej puszki, która zapomniała, że jej miejsce jest na bladoróżowej półce, setki kilometrów od mojego granatowego kubka.

poniedziałek, 15 listopada 2010

.

Ciężka torba, krzywy chodnik, ponure niebo, fermentacja unosząca się w powietrzu, hałas, który wraz z pokonywaną odległością się zmniejsza, poczucie duszności, braku przestrzeni, apatyczność, mimowolny uśmiech. Ludzie, którzy uzmysławiają sobie, że za parenaście dni zakończymy tonący we łzach i braku poczucia spełnienia, miesiąc. Głupcy sięgają po trzy-dwukołowe rowery i pędzą do lasu, by podpatrzeć ostatnie fazy zachodzącej już jesieni. Następnie zatopią się w marketach w poszukiwaniu przypraw korzennych, miliona pustych kalorii i gorącej czekolady - bez której ja osobiście, będąc dzieckiem nie wyobrażałam sobie świąt. Teraz czekolada ogranicza się wyłącznie do wyrzutów sumienia.



Przenośna retrospekcja, bo mowa o tej, której nie doświadczyłam, a którą chciałabym przeżyć.
Jestem wulgarna, obnoszę się z dewaluacją. I choć pozornie jestem zdezelowana, nadal gromadzę pokłady energii, na gorszy okres.
 Tak naprawdę nie ma o czym pisać.

sobota, 13 listopada 2010

Właściwie, co ja tutaj robię ??
                                                                         lovjsa